Jak zmienić nastrój uważnością.

Dziś wstałam w złym nastroju. Nocny kaszel i zarwana noc dały o sobie znać. Tym razem pod postacią nie bezpośrednią. Niby nic w sumie nie boli, a jednak coś w duszy przestało grać. Życie – czy ma sens? Odwieczne pytanie. Obserwuję myśli. Zaczynają się nakręcać. Jest źle. Jednak jest bez sensu. Nie ma słońca, ja jestem chora, bezsilna, bez kierunku i bez steru. Bez energii. W sumie to jedno wielkie “BEZ”. Czuję się coraz gorzej. Bolą mnie plecy. I gardło. W sumie to bolą mnie wszystkie mięśnie.

No i w tym stanie emocjonalnym zaczęłam wnikliwie obserwować myśli. Jakie one są? Negatywne. Ewidentnie. Ja – “pani od szczęścia” i od wiecznego optymizmu, zarażająca innych dobrą energią i motywacją do działania, dziś sama mam to “niechciejstwo”, które z minuty na minuty rośnie… Zauważam ten stan. Bez ściemy. Ale pytanie jest – czy mogę świadomie zmienić ten nastrój? Czy mam na niego wpływ? Czy mam czekać, aż przepłynie samo jak jesień po lecie czy wiosna po zimie? Naturalnie? Ale wtedy nie miałabym na to żadnego wpływu… A może i nie mam? Zauważam w sobie rewolucjonistę. Przekora i ciekawość bierze górę. Nie będę czekać, aż samo przejdzie, trzeba to wnikliwie zbadać. Jest okazja. Postanawiam więc zrobić dziś mój całkiem prywatny eksperyment. Czy to wszystko o czym się uczyłam, co studiowałam i czego zresztą uczę – działa? Tak naprawdę w stanach takich jak ten, kiedy nic się nie chce? Kiedy ma się ochotę schować w ciepłej kołdrze i nie wystawiać z niej nosa. Kiedy człowiek czuje się niby bez żadnego powodu przytłoczony życiem, swoją cielesnością, przemijalnością i jakąś niewyjaśnioną nostalgią. Mam już pewną praktykę jeśli chodzi o medytację uważności – potrafię więc zauważać swoje myśli. Ma to plusy i minusy. Plusem jest to, że widzę myśli, minusem jest dokładnie to samo. Chociażbym nie chciała, tak jak dziś – widzę je. Wiem na pewno, że to ja jestem podstawowym źródłem mojego stanu. Nikt inny. Ani mąż, ani dziecko, ani nawet kot. Nie mogę nikogo obarczyć winą. Zwracam się więc ku sobie. Widzę wyraźnie jak te myśli zaczynają wysysać ze mnie energię, jak staję się słabsza, jak ogarnia mnie niby znikąd dziwny niepokój. Ok – dalej obserwuję to wszystko niejako jako świadek, rejestrujący to, co jest wewnątrz.

Czy ten nastrój da się zmienić? Postanawiam zaaplikować do swojego stanu, to czego sama uczę o uważności oraz to czego uczę o psychologii pozytywnej. Czy to tylko teoria, czy praktyka? Jak nie lepiej jak dziś sprawdzić, czy jest to wiedza, którą można wykorzystać, czy tylko o niej intelektualnie porozmawiać? – Oczywiście wtedy, kiedy jest nam dobrze, ciepło i nic nam nie dolega…

Zaczynam więc mój eksperyment. Szukam odpowiedzi na pytanie – na ile mam wpływ na to co się dzieje w moim wnętrzu? Wiem, z psychologii pozytywnej, że jedną z form, które bezpośrednio wpływają na poprawę nastroju są ćwiczenia fizyczne. Najlepiej pół godziny. Postanawiam więc pomimo bólu gardła i wciąż rosnącego bólu mięśni iść na jogę. Mogę iść w sumie bezpośrednio w dresie, to tylko w tę i z powrotem samochodem. Przecież nikt na mnie nie będzie patrzył. Odpowiadam sobie sama szybko – ja będę patrzyła i wiem też, że ubiór również zmienia nastrój. Postanawiam więc ubrać się w ładną sukienkę i naszyjnik i długie, stylowe kozaki. Patrzę przed wyjściem w lustro. Jest lepiej. Zdecydowanie. Idę zupełnie innym krokiem w kozakach na wysokich obcasach niż w tenisówkach. Czuję się pewniej. Stawiam mocne kroki. Mój nastrój poprawia się. W międzyczasie postanawiam napisać ten tekst. Rejestruję więc po kolei wszystkie stany emocjonalne. Myśli o bezsensie życia zmieniają się. Transformują. Już wiem, że napiszę dla innych, że to są tylko myśli, które jak chmury po niebie przychodzą i odchodzą. Odnajduję zarazem w tym bezsensie sens. Chwilę temu była jakaś myśl, teraz jest już zupełnie inna. Nie przywiązuję się do żadnej. Przyglądam się za to wnikliwie swojemu własnemu stanowi umysłu – prawie przeszedł mi negatywny nastrój z rana. Mam dziś “sens”. Odnalazłam. W krótkiej decyzji. W wyborze. W działaniu. Przyglądam się dalej myślom. Nawet w bezsensie tkwi diament, który można oszlifować i dzięki temu staje się on cennym skarbem. Mój nastrój dalej zmienia się. Nastawiam radio na wesołą melodię. Wiem, że muzyka również przyczynia się do poprawy nastroju. Nostalgiczna utwierdza człowieka w jego negatywnym stanie, pozytywna – potrafi również pozytywnie wpłynąć na nastrój. Rzeczywiście działa. Za chwilę jadę nucąc chrapliwym głosem melodię słyszaną w radio. Jest mi nawet wesoło. Zawożę córeczkę do przedszkola. Jadę na jogę. Po drodze myśl – a może jednak nie? Przecież jestem słaba… Nie, nie jestem. Widzę, jak umysł w swej głębinie miota się, jak chce mnie wpędzić z powrotem w swoje czarne sidła. Dlaczego i po co? Nie wiem. I nie chcę tego zgłębiać. Bo znów zdaję sobie sprawę, że to tylko kolejne myśli. Nie daję się. Nie poddaję. Postanowiłam iść na jogę, to pójdę. Wchodzę zdecydowanym krokiem na salę. I wiecie co? Podczas dzisiejszej jogi pierwszy raz w życiu staję na głowie!:) To jest wyczyn. Nauczycielka mówi, że do tego potrzeba i siły i mocy i lekkości. A ja rzeczywiście tak się czuję. Odzyskałam moc, i siłę i lekkość. Obserwuję cały czas oddech i myśli. Brzuch mam luźny – co świadczy o rozluźnieniu i relaksie. Umysł skoncentrowany na tym, co jest. Na teraźniejszości. Na tym, co mnie otacza. I na odczuciach wewnątrz mnie. Dlatego wyszło. Zapomniałam, że czułam się źle. W ogóle zapomniałam, że jestem czy nawet byłam chora. W sumie to właśnie jestem zdrowa. Ozdrowiałam. Mięśnie już tak nie bolą. Oczy nie kleją się. Idę na spotkanie. Mój umysł jest już jasny i klarowny. Uzgadniam, debatuję i dobijam targu. Jadę po dziecko, po drodze odbieram męża. Jemy obiad. Jest dobrze. Kot w kącie oblizuje się. Biorę go na ręce. Jaki on jest puszysty. Maja śmieje się i wyjada ostatki słodu daktylowego. Idę pisać ten tekst. Jest wieczór. I wiecie co? Nic się niby nie zmieniło. Ale jest dobrze. Zdecydowanie jest dobrze. Na świecie dalej nie ma słońca. Jest szaro i ponuro. A mi się “chce” i znów jasno widzę sens. Sens w życiu, w byciu. W rzeczach drobnych i błahych, bo chyba o nie właściwie w życiu chodzi…

I w sumie już mi nie przeszkadza nawet ten kaszel.

Jaką mam konkluzję? Obserwowanie siebie, chociaż czasem może być udręką, bo zauważamy rzeczy w nas, których nie chcielibyśmy widzieć, w konsekwencji prowadzi do zrozumienia i empatii wobec samego siebie. Uważność zaś wykształca w nas akceptację tego co jest, co nie oznacza biernej zgody na wszystkie negatywne stany mentalne. Obserwuję i widzę, a jak coś widzę – to badam czy mogę coś zmieniać. Czy chcę coś zmienić. To wpływa z kolei na naszą decyzyjność, bo zaczynamy zauważać, że bardzo wiele zależy od nas samych. Bo to my nadajemy w dużej mierze kształt rzeczywistości. Poprzez nasze oczekiwania, fantazje i interpretacje tego, co jest.

A nasz umysł? On będzie nas zabierał w tę i we w tę, w podróż bez końca. Ważne jest tylko nie pomylić myśli z nami samymi. Bo my to nie myśli. Najstraszniejsze czy najpiękniejsze, jakie by one nie były…