Po co komu medytacja?

Tak sobie pomyślałam, że aby zobrazować czym jest medytacja, posłużę się metaforą. Krótką opowieścią. Historią, która może przytrafić się każdemu. Ktoś obserwujący Cię z boku może nie zauważyć różnicy. Nie będziesz wcale bardziej święty. Różnica za to polegać będzie na zupełnie innym przeżywaniu wewnętrznym. I jeśli to przeżywanie się zmieni, to i zmieni się Twoje postrzeganie – w konsekwencji czego zmieni się cała sytuacja. Bo to my nadajemy znaczenie naszej rzeczywistości. Nikt inny. A jeśli zmienimy znaczenie danej sytuacji, to i nasza reakcja będzie zupełnie inna. Bo dzięki medytacji uważności wychodzimy poza schemat i stare wzorce, które w nieskończoność każą nam powtarzać wciąż od nowa ten sam „film”. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że póki nie wypracujemy świadomości, to właśnie nie będziemy jej mieć.

Zapraszam więc do historii, która równie dobrze może być moja jak i Twoja:)

Siedzę na kanapie. Dziecko obok natrętnie domaga się zabawy. Obiad zjedzony, trzeba posprzątać. Sterana życiem wyciągam rękę po książkę. Otwieram ją na założonej stronie. Wyciągam nogi i przypominam sobie, że jutro jedziemy na weekend. Trzeba zrobić pranie. Wyjść z psem. Pozmywać. Pobawić się z dzieckiem. Wykąpać. Poczytać. Porozmawiać z mężem. Odkładam książkę. Dziecko krzyczy już w swoim pokoju, a ja umordowana teraźniejszością chcę wyć. Ciągła irytacja zmienia się powoli we frustrację. Czuję jej puls. Moje tętno wzrasta. Zaraz wybuchnę. Nie. Jeszcze nie teraz. Jestem przecież idealna i dobra. Zduszę to w sobie. Nie pokażę. Najwyżej za kilka lat ktoś usłyszy odjeżdżającą spod mojego domu karetkę na sygnale…

Czy widzisz w tym znajomy schemat?

Nie?

A w tym?

Idę do pracy. Nienawidzę tej drogi. Co dzień mijam te same sklepy, te same twarze, te same drzewa i te same odrapane budynki. Wchodzę do swojej małej, szklanej klatki. Klatki, z perspektywy której szef może obserwować mnie w każdym momencie mojego ponad ośmiogodzinnego życia, wyłączając weekendy. Moja praca jest bezcelowa, a życie pozbawione sensu. Moje sukcesy nigdy nie są doceniane, a porażki wyolbrzymiane do granic możliwości. Moje piękne mieszkanie straciło urok, bo kredyt wzięty we frankach do dziś odbija mi się czkawką. Moi przyjaciele są jakby utkani z waty cukrowej. Puszyści z zewnątrz i słodcy, a w środku puści. Nie chce mi się żyć. Po co?

No więc po co żyć?

Czy ktoś zna odpowiedź na tak podstawowe pytanie, które raczej nie trapiło naszych babć, prababć czy Adama i Ewy? Skąd ono się wzięło w naszych czasach? A może stąd, że przecież miało być idealnie. Zrobiliśmy wszystko, żeby sobie to wszystko wygodnie poukładać. Włączamy przycisk – zapala się światło, wyłączamy – gaśnie. Odkręcamy kurek – leci woda, zakręcamy – przestaje. Jaką my mamy sprawczość! Jaki cudowny wpływ na rzeczywistość!

Chełpilibyśmy się w swojej chwale jako rasa ludzka, gdyby nie małe ale… to wszystko są nie aż tak ważne zdobycze technologii i techniki w porównaniu ze stanem ducha i psychiki, który niestety nie nadąża za światem zewnętrznym.

Czy ktoś pomyślał o takim zwykłym szczęściu?

O tym, że człowiek do szczęścia nie potrzebuje tylko fury i komóry? Bo gdy się tym nasyci, nieuchronnie spotka się sam ze sobą. Ze sobą, czyli z kim?

Na to pytanie już trudno znaleźć odpowiedź wśród zwykłych autorytetów. Tym bardziej, że wyginęły one wraz z epoką materializmu wyparte przez nową pralkę, kuchenkę i większe m2.

A dusza? A psychika?

Według nowej, bardzo szybko rozwijającej się dziedziny – psychologii pozytywnej rozwijanie sił i pozytywnych cech charakteru przynieść może szczęście. Eureka! To po to gnałem tyle lat, żeby w skrócie być „tylko” dobrym, poczciwym człowiekiem!? Po co?

A no po to, by odzyskać utracony sens istnienia, utracone pozytywne relacje międzyludzkie, utracony cel, utracone prawdziwe zaangażowanie i utracone gdzieś po drodze pozytywne emocje. I już jesteśmy całą parą przy teorii dobrostanu – PERMA profesora Martina Seligmanna, twórcy psychologii pozytywnej, bo właśnie te wymienione czynniki są najważniejszymi aspektami do osiągnięcia prawdziwego szczęścia/dobrostanu.

Ale jak to zrobić?

Do tego pomocna jest uważność. Medytacja i ćwiczenie uważności może być narzędziem. Niby nic nie robisz. Siedzisz. Obserwujesz oddech. Na początku nudno. Okrutnie bolą nogi. Myśli chcą eksplodować wraz z ciężką, zwieszającą się głową i zapadającym się kręgosłupem. Pierwsze zmiany widzisz po kilku tygodniach. To nie oni są nie w porządku. To ja. To nie rzeczywistość jest nie w porządku. To moja jej interpretacja. Widzisz swą złość i frustrację. Widzisz to, co jest. Bez ukrywania. Jeśli masz odrobinę więcej wytrwałości, przestają Cię w końcu boleć kolana, głowa nie kiwa się już jak na szmacianej kukiełce. Stajesz się powoli bardziej świadomy oddechu. Wdech, wydech. Zaczynają się zmiany w mózgu. Na początku ledwo zauważalne. Fale mózgowe z chaotycznego tańca zaczynają malować jakiś nowy wzór. Alfa z betą, beta z thetą i do tego delta z gammą powoli, powolutku przestają deptać sobie po piętach. Zaczynają wspólny rytm. Rytm równowagi. Mijają miesiące. Ty siedzisz prosto. Oddychasz miarowo. Oddech skraca się i pogłębia. Obserwujesz myśli. One dalej tam są. W przestrzeni Twojego umysłu. Ale Ty już z nimi nie walczysz. Po prostu patrzysz, jak opadają na dno nicości, z każdym oddechem puszczając je w dal. Wychodzisz z medytacji. Wracasz do życia. Już wiesz, że nic nie trwa wiecznie. Tak jak myśl, która jest ulotna i nietrwała jak porcja powietrza, która napełnia Twoje płuca, by za chwilę je opuścić. Osadzasz się w teraźniejszości. Minął rok.

Bierzesz oddech. Siadasz na kanapie. Wyciągasz rękę po książkę. Dziecko obok domaga się zabawy. Już nie natrętnie. Odkładasz książkę. Idziesz się bawić. Bo jedyny czas na zabawę jest teraz, kiedy Twoje dziecko jest jeszcze dzieckiem. W myśli za to pojawia się pytanie: „Czy to ja miałem taką wieczną irytację? Dlaczego i po co?”. Bierzesz wdech. Wydychasz długo. Pojawia się mądrość. „Bo nie umiałem inaczej” – odpowiadasz zgodnie z prawdą i idziesz spokojnie myć naczynia.

Niby nic się na zewnątrz nie zmieniło, ale świat wewnętrzny kompletnie się przewartościował. Czerpiesz przyjemność z bycia, z działania, z niedziałania, z czytania, z pisania, z podróżowania i z leniuchowania. Czerpiesz radość ze zwykłego życia – i z pracy, i z przyjaciół, i z męża lub żony. Bo wiesz już, że nic nie trwa wiecznie. Tak jak po wdechu przychodzi nieuchronnie wydech… Tak samo życie pulsuje życiem. I już się tego nie boisz, bo wiesz, że jesteś tylko, ale też aż podróżnikiem. I że to Ty, nikt inny, wybierasz przeżywanie tego, co jest. Bo choćbyś miał największą władzę, na wszystko wpływu mieć nie będziesz. Nie zapanujesz nad starością, śmiercią, chorobą. Twoja kontrola nie może sięgać wszystkiego. Choćbyś chciał. Ale możesz mieć wpływ na przeżywanie wewnętrzne. Tego, nikt i nic nie jest Ci w stanie zabrać. Tak właśnie, powoli, prawie niezauważalnie, wraz z tą nową perspektywą przeżywania życia przychodzi prawdziwe szczęście. Spokój. Ukojenie. Relaks. Bo szczęście jest stanem wewnętrznym i Ty już wiesz, że ma niewiele wspólnego z liczbą posiadanych zabawek…