Tygodniowe odosobnienie medytacyjne.

Mój umysł jest jak klatka. Trzyma mnie uwięzioną. Najciekawsze jest to, że drzwi klatki są otwarte. Zawsze były. Ja tylko przyzwyczaiłam się siedzieć w środku.

Pojechałam więc na tygodniowe odosobnienie medytacyjne do pięknego ośrodka w Hiszpanii, w Pedreguer. I przez tydzień obserwowałam nie tylko klatkę, jej struktury i formy, ale i jej zawartość. Oraz to, co poza jej granicami…

Poniżej opisuję tę niezwykłą przygodę do wnętrza mnie samej, tak jak się przydarzała, na bieżąco. Medytacja okiem medytującego. Bez woalek, bez ubarwień, bez zbędnych egzaltacji.

Dziś dzień „zero”. Jestem już w podróży.

Bujam w obłokach. Dosłownie. Chmury nade mną, pode mną i wokół mnie. Otaczają, otulają mnie swoją białą, puszystą kołdrą. Obserwuję nieruchomo, jak moje ciało jest przemieszczane. Samolot leci. A ja trwam w bezruchu. Chmury ulegają nieuchronnej transformacji. Z pierzastych na kłębiaste, z gęstych w ledwo dostrzegalne. Ja jestem tylko widzem. Niejako to dla mnie ten cały spektakl. Dla świadomego obserwatora. Właśnie nie dla uczestnika, ale dla kogoś stojącego tak jak ja, nieco z zewnątrz. I tak patrząc na te chmury, zostawiając je za sobą odczuwam dawno nieznany spokój i przy okazji zmęczenie. Potworne zmęczenie. Niby nic takiego na co dzień nie robię, ale ŻYCIE żyje zawsze swoim rytmem. Trzeba zawsze o czymś pomyśleć, coś dopilnować, zdążyć na czas. Układ nerwowy często przegrzany, neurony w mózgu skaczą jak oszalałe od nowych i starych zadań, poleceń i obowiązków. A tu nic nie trzeba. Lecę. Nawet nie lecę. Jestem niesiona. Na olbrzymich, bezpiecznych skrzydłach. Zdaję sobie sprawę jak mi w tej chwili dobrze. Siedzę i nie robię dosłownie nic. Cała długa droga przede mną i cała długa droga za mną. A ja czuję się zawieszona. Dosłownie wsączona w teraźniejszość. Niejako bez imienia, bez kontekstu, bez rodziny, bez domu, nawet bez kota czy przyjaciół. Siedzę sobie – nie tak wygodnie jak na mojej domowej, szarej kanapie i jest mi dobrze. Nic mi nie przeszkadza. To preludium do pracy nad sobą. Wiem to. Wiem też, że już teraz umysł niejako nieświadomie przygotowuje się na ten stan. Stan tygodniowej, wielogodzinnej medytacji. I patrzę na siebie coraz uważniej. Nie mam w tym momencie ani złości ani smutku ani nawet strachu, niepokoju czy poirytowania. Jak to jest, że w życiu je posiadam? Że zmieniają się jak kalejdoskop poukładany z niby chaotycznych figur? Układający się za każdym ruchem inaczej, ale jednak utkany wciąż z tych samych kolorów? Dlaczego tak ciężko mi pogodzić się z niektórymi emocjami? Chciałabym ich w ogóle nie mieć? Jak teraz? No nie wiem. Chyba jednak nie. A może jednak tak? Przypatruję się sobie, temu całemu szalonemu dialogowi wewnętrznemu i uśmiecham się do siebie samej. No i właśnie dlatego jadę na tygodniowe szkolenie z medytacji. Rozprawić się z tym całym poplątaniem i pomieszaniem w mojej własnej głowie. Co z tego wyjdzie? Czas pokaże:)…

Pierwszy dzień

Pierwszy dzień zaczął się poobiednią sesją. Podniecenie, ekscytacja. Co tym razem przyniesie mi ten tydzień sama ze sobą?

Jaką mam motywację? Po co to wszystko? Po co te niewygody poza cieplutkim i bezpiecznym domem, wypełnionym kochającymi mnie ludźmi i kotem, też kochającym mnie?

Bo wierzę, że mogę być lepsza. Bo wierzę, że człowiek jako taki może być lepszy. Bo infantylnie wierzę, że świat może być lepszy. I myślę, że kluczem jest rozwijanie zrównoważonego umysłu. Jasnego, stabilnego, czystego, klarownego, uważnego i zrelaksowanego. Umysłu, który nie daje się ponieść zawirowaniom zewnętrznym. A dzięki nieporuszonej, czystej świadomości potrafi zauważyć poruszenia wewnętrzne i odpowiednio zareagować. Co to znaczy odpowiednio? To znaczy zgodnie z moją „uwolnioną” wolą i mądrością, a nie nawykowo, schematycznie.

Medytuję po to, by przestać być robotem na usługach umysłu, wykonując i powtarzając bez końca te same programy. Ma on być narzędziem, a nie władcą. I wiem, że jeśli dzięki medytacji wykształcę uważność, stabilność, równowagę, przejrzystość i mądrość to będzie dobrze nie tylko mi, ale i otaczającym mnie ludziom. A przy odrobinie szczęścia i ludziom, którzy otaczają mnie otaczających. A czym więcej będzie takich osób, tym szybciej wyjdziemy jako rasa ludzka z tego całego pomieszania, w którym tkwimy od niepamiętnych już czasów.

Alan Wallace wszedł do sali i zapadła cisza. A zaraz po niej zapanowała mądrość i doświadczenie 45 lat studiowania i doświadczania tematu. Alan jest bezpośrednim uczniem Dalajlamy, a zarazem jest jego doradcą. Jest fizykiem kwantowym i doktorem filozofii, potrafi więc temat medytacji przedstawić z różnych kątów i perspektyw. Od buddyjskiej, poprzez naukową, po filozoficzną. Dokładnie tak, jak to lubi nasz zachodni umysł. Logicznie i analitycznie. Jedno wynika z drugiego. Bez banału. Bez dogmatów. Bez stereotypów. Konkrety. Kawa na ławę i… praca. To moje piąte szkolenie pod jego czujnym, skoncentrowanym i ciepłym spojrzeniem. Trzy miałam okazję robić w Meksyku, jeszcze z 10 lat temu. W Hiszpanii to moje drugie.

Z zapartym tchem słucham więc i sączę wszystkie informacje z pełną koncentracją. Z pełną koncentracją też robię pierwsze medytacje. Jest dobrze. Na razie idzie bez żadnych konkretnych nowych odkryć.

Pierwszy dzień po kolacji

Wieczorem zaczęły się pytania. Podniosłam odważnie pierwsza rękę i zapytałam o… strach. Hmmm, to pytanie, które krążyło mi od roku po głowie i nie dawało spokoju. Czy wchodząc w medytację głęboko – (ja medytuję już 13 lat, od prawie 2 lat systematycznie, codziennie) może przydarzyć się strach? Taki irracjonalny, zupełnie niezwiązany z życiem zewnętrznym? Dlaczego takie pytanie? Bo mi się to przytrafiło…

Odpowiedź – może i nawet jest czymś naturalnym podczas wchodzenia coraz głębiej w medytację. Strach jest z poziomu ciała i umysłu. Można więc odczuwać różnego rodzaju fizyczne sensacje jak i umysłowe. Wiem co to jest, i jakie to jest przerażające, nie wiem za to, dlaczego tak mało o tym się mówi jeśli chodzi o medytacje w ogóle. Bo może przytrafić się to na każdej ścieżce. Antidotum? Ufff, tak jest antidotum:) Przejdzie, jak wszystko przechodzi, to po pierwsze, po drugie – sam fakt wiedzy, że jest to normalny, naturalny i przejściowy stan już zmniejsza stan lęku, w którym doładowujemy się jeszcze ideami, że coś z nami nie tak, czy może poszaleliśmy. Nie poszaleliśmy. Wystarczy więcej koncentracji na oddechu, więcej relaksu na wydechu. Zaakceptować i odpuścić. Zauważyć – ach, to ten znajomy strach, i sam zniknie. Próbowałam. Działa. To kolejna, przyznam mocna, ale tylko koncepcja umysłu. Jak się ją rozpozna jako taką, sama rozpływa się w nicości. A pozostaje jasność i przejrzystość. W ciele dalej czasem odczuwam dziwne pulsowania, jakby tąpnięcia serca, czy dodatkowe tętno na przykład w brzuchu czy w głowie. Antidotum – zrelaksować się, zaakceptować i delikatnie puścić. Zauważyć, że to naturalny, przejściowy stan. Prawdopodobnie może być i tak, że „to” zawsze tam jest, tylko my tego nie zauważamy. W momencie jak koncentracja i uważność rosną, będziemy zauważać coraz bardziej subtelne poruszenia w ciele. To normalne. Samo zauważenie, że to normalne – eliminuje lęk. Zostawić go, niech sobie będzie. Nie walczyć. Nie uciekać. Tak samo, jak z każdą inną negatywną czy pozytywną emocją. Jak nie będziemy jej doładowywać naszą uwagą, sama rozpuści się, zniknie jak mgła.

Drugi dzień

Drugi dzień minął jak strzała. Tym bardziej, że miałam „karma jogę” w kuchni. To tak ładnie nazwana przydzielona odgórnie służba. Myłam lub płukałam naczynia po śniadaniu, obiedzie i kolacji po 70 osobach. Ufff, niby nic ale czułam wieczorem ramiona. Przecież na co dzień nie zmywamy naczyń po takiej ilości gości:) I przy okazji trzeba się spieszyć, żeby zdążyć na zajęcia.

W sumie to fajne doświadczenie. W przedsionku kuchni dyżuruje 7 osób. Jedna podaje naczynia, druga zmywa, trzecia płucze, 3 kolejne wycierają, a ostatnia zanosi od razu czyste naczynia na miejsce. Taka mała fabryka. Kto narzuca rytm? Ludzie znoszący naczynia. A w pewnym momencie są ich stosy, bo prawie każdy ma po 3 talerze (zawsze zupa lub sałatka i danie właściwe plus obowiązkowo deser) czyli mamy 210 talerzy plus kubki, kubeczki, szklaneczki i sztućce. Ufff, fajny dzień!:)

Co poza naczyniami?

Zajęcia zaczynają się o 7:00 medytacją w dużej sali. Nie jest ona obowiązkowa, więc idę rano posiedzieć sobie sama i pomedytować w małej salce na piętrze. Jest cicho i przytulnie. O 9:00 śniadanie a o 10:00 trzy godziny sesji. W tym 2 medytacje po 24 minuty i nauki. O 14:00 obiad a o 16:00 kolejne 3 godziny sesji, w tym też dwie medytacje. O 20:00 kolacja, a o 21:00 medytacja i pytania. Dzień kończy się po 22:30. Oprócz tych medytacji w sali głównej, robię jeszcze z 2 dodatkowe medytacje dziennie – w pokoju lub małej sali. W sumie 7 medytacji. Jest też trochę czasu wolnego na spacery, czytanie, pisanie itp. Jest to szkolenie teoretycznie w ciszy ale jak ktoś chce, może szeptem o praktyce z kimś innym porozmawiać. Wygląda to tak, że wymieniamy uśmiechy i raczej w ośrodku nie rozmawiamy. Jak kogoś spotkasz na spacerze z iskrą w oku, że chce pogadać, rozmawiacie. W innym przypadku nie.

Jakie odczucia?

Nie jestem już medytującą początkującą, nie mam więc (na razie) typowych dolegliwości, czyli walki z bólem kolan itp. czy walki z umysłem.

Po doświadczeniach z tamtego roku – na medytacje schodzę na poduszkę, a podczas wykładów siadam na krześle. Dzięki temu mój kręgosłup nie dostaje takiego szoku i trzyma się dobrze. Tylko trochę boli szyja, choć już dzisiaj jest lepiej.

A umysł? Hmmm coraz bardziej skoncentrowany, zrelaksowany. Nawet nie wiem jak to napisać. Przychodzą stany pewnej kompletnej koncentracji na oddechu. Jakbyśmy ja i oddech stanowili jedność.

Powoli wyjaśniają się wszelkie moje wątpliwości, a minęły tylko 2 dni. Na przykład z oddechem. Doszłam do takiego punktu, że bałam się wejść głębiej, bo miałam wrażenie, że przestaję oddychać. Mój oddech był tak „płytki”, że prawie przestawałam go odczuwać. Okazało się, że trzeba tylko wyostrzyć koncentrację a pojawi się znów odczuwanie oddechu. I rzeczywiście, pojawił się, a ja poszłam dalej.

Trzeci dzień

Do obiadu super, pełna energia i super skupienie. Radość od środka z niczego.

Teraz jest wieczór, przed kolacją. A ja padam ze zmęczenia. Czuję jakby mi się umysł zagotował od tylu informacji. Tracę powoli uwagę na tym co mówi Alan. A chcę słuchać i słyszeć! Przecież po to tu jestem. Resztkami sił woli skupiam się i wytrzymuję dzielnie do końca. Pierwszy raz cieszę się, że słyszę gong na zakończenie sesji.

Boli mnie szyja, plecy, pośladki. Ledwo dowlokłam się do pokoju. Wyczerpanie mentalno-fizyczne na poziomie 7 w skali do 10. Nie daję maksymalnej, bo mniemam, że może być jeszcze gorzej.

Ale za to pierwsza medytacja z tej sesji była niesamowita. Pełne skupienie, pełna koncentracja, jasność i przejrzystość umysłu, relaks, spokój. Aż szkoda było usłyszeć gong. Chciałam dalej wyostrzać skupienie. Oddech ledwo wyczuwalny. Subtelny. I zupełnie inna perspektywa postrzegania oddechu – jakby płynął on łagodnie na peryferiach, a ja, jakbym była w pewien sposób zanurzona w swojej własnej świadomości. Czystej i klarownej – prawie bez myśli.

Do końca dnia jeszcze wieczorna sesja. Mam nadzieję, że chwila odpoczynku i kolacja pozwolą mi dotrwać w uwadze do końca dzisiejszego dnia.

Cieszę się, że mam jedynkę, że nie muszę z nikim rozmawiać. W sumie to wymieniam uśmiechy z załogą i z kilkoma osobami, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić w kuchni czy pierwszego dnia. Puszczamy sobie oko i jest przyjemnie:) Fajnie jest widzieć, że wokół są ludzie, którzy z nami doświadczają podobnych stanów. Nie jestem w tym sama. To definitywnie dodaje otuchy i sił.

Z drugiej strony szkoda, że nie jestem z kimś. W tamtym roku z koleżankami z pokoju mogłyśmy sobie podyskutować o wykładach. To było ciekawe zobaczyć ich punkt widzenia.

A tu zostaje mi spotkanie ze sobą. Bez dyskusji. Bez debat. Na cicho.

No i tak miało być.

Zobaczymy co przyniesie jutro.

I takie małe spostrzeżenie na koniec dnia: niesamowite jest być na takim szkoleniu, bo się jest bez kontekstu. Nie masz życia, rodziny, statusu. Jesteś nikim. Takim samym jak reszta. I tak naprawdę, to jest to świetne uczucie. Bez masek, bez kokardek, bez piórek. Taki po prostu człowiek. I wiecie co? Dalej może być fajny:) Taki, jaki jest.

Czwarty dzień

Chcę uciec. Gdzie? Gdziekolwiek. Chcę być gdzieś. Byle nie tu. Może w domu w Szczecinie, może na plaży, może w górach. Gdzieś w jakimś bezpiecznym miejscu, w którym mogłabym się schować. Przed sobą. Tu nie mogę. Tutaj widzę siebie na wylot. Przyglądam się zawartości mojego umysłu. Bez zasłon, bez żaluzji czy nawet najbardziej przezroczystych firanek. Naprawdę mam to wszystko? No tak. Mam. Nie mogę zaprzeczyć. Ciągła obawa nie wiadomo nawet przed czym, ciągły pośpiech niewiadomo dokąd i ciągła irytacja nie wiadomo nawet na kogo… Przed godziną, podczas spaceru po okolicznych cudnych, hiszpańskich ścieżynkach zauważyłam jedną ciekawą rzecz. Że wejście pod górę jest czasami lżejsze od zejścia z niej. Najpierw schodziłam. Chaotycznie, byle szybciej, nieuważnie. Chciałam dotrzeć jak najdalej, zobaczyć jak najwięcej. W wyniku tego biegu nie zobaczyłam nic. Tylko biegłam w dół. A jak już dobiegłam, to zastanowiłam się nad ważną kwestią. Jak trafię z powrotem do ośrodka? Czy zapamiętałam wszystkie skrzyżowania krętych uliczek idących w dół? Wśród szumu podobnych palm, podobnych, kolorowych krzewów bugambilli i wśród bardzo podobnych luksusowych małych willi? Nie. Nie zapamiętałam. Zabłądziłam. Szłam do góry widząc z dala ośrodek. I co? I nic. Nie przejdę przecież komuś przez posesję i komuś nad tym kimś również. Muszę iść drogą. Ale znów dochodzę do krzyżówki. W prawo czy w lewo? Rozum podpowiada – idź tą drogą bardziej pod górę, ale tutaj nie jest to takie oczywiste, bo droga tuż za zakrętem ciach! znowu w dół. Kręcę się jak bączek ale znajdują odpowiednią ścieżkę. Nie tę, którą zeszłam. Inną. Wspinam się powoli i zaczynam iść uważnie. Patrzę na kwiaty, na drzewa, na domy. Są podobne ale jednak się różnią. Obserwuję je uważnie i obserwuję też zawartość swojego umysłu. „Czy Pan by się chciał ze mną zamienić?” Myślę patrząc na ogrodnika przycinającego drzewka. „A Pan?” Pytam w myślach robotnika naprawiającego basen. Czy mój umysł jest inny niż innych? Czy zawartość mojego umysłu jest inna? Wolałabym teraz przycinać drzewko pomarańczowe czy nawet robić tę pracę budowlaną przy basenie, niż patrzeć do środka. Przycinałabym sobie listki, myśląc o listkach, a tak mam „zadanie domowe” iść i patrzeć na zawartość mojego umysłu. Nie chcę, ale i chcę. Jakaś siła (chyba masochistyczna) jednak kusi mnie by sprawdzać, badać, obserwować. Widzę swoje szaleństwa, wszystkie nieprawdziwe rzeczy i historie jakie wymyśla moja fantazja. To nie rzeczywistość. To moja rzeczywistość, która nie ma nic wspólnego z tą rzeczywistością, która jest. Słyszę jakiś odgłos i w tym samym czasie widzę na drodze wielkie, odciśnięte łapy psa. To były tylko łapy! A co zrobił mój umysł? „To napewno wielki pies. Bezpański. Czeka na mnie za rogiem. Rzuci się na mnie i mnie pogryzie.” Tworzę w umyśle nie tylko psa, jego kolor i ostre zęby ale całą przyszłą sytuację. Halo, gdzie ja jestem? To jakiś wewnętrzny film. Czy ja mam tak na codzień? Niestety obawiam się, że tak. I tak idę sobie najpierw z górki, potem pod górkę i docierając lekko spóźniona na obiad, dysząc ciężko, opadam ze zmęczenia na krzesło. I nie jest to zmęczenie fizyczne, chociaż może troszkę tak, ale jestem wyczerpana sobą. Opadam na krzesło i zapadam się żując pyszną i słodką pomarańczę. Podczas spaceru, obiecałam sobie, że jak go przeżyję i dotrę cała do ośrodka, to znaczy: nie zjedzona przez psa, nie przejechana przez samochód, nie pokąsana przez skorpiony, nie wciągnięta do jakiegoś domu celem uprowadzenia, no i na koniec cała, bo groził mi też upadek na sam dół z niezabezpieczonej góry, gdzie dopiero mieli stawiać dom, to zjem sobie tę słodką, soczystą pomarańczę. Tak, tak, szaleństwo za szaleństwem. Nieprawdziwe, nierealne, tworzone na bieżąco. Nie mające nic wspólnego z tym, co jest. Zanurzyłam więc słodką cząstkę pomarańczy w ustach. Jest dojrzała i soczysta. Jest ciepło, bezpiecznie i tu nic mi nie grozi. Ale aby napewno? Mój umysł jest ze mną cały czas. Chcę uciec. Ale dokąd? Nie mam wyjścia. Po to tu jestem. Niech wychodzi, co ma wyjść, a co tam. Lepiej na zewnątrz niż wewnątrz.

ps. Nie wiem dokładnie czego wynikiem jest ten dzisiejszy wgląd w moje oszalałe wnętrze. Tak, jakby ktoś zapalił światło od środka. Przy okazji otwierając puszkę pandory. To już czwarty dzień szkolenia. Medytacje coraz bardziej wysublimowane. Dziś rano siedziałam i siedziałam, medytacja się skończyła a ja dalej trwałam w bezruchu. To jest coś niesamowitego obserwować siebie od środka. Niesamowitego i przerażającego. Mam nadzieję, że ten drugi przymiotnik w końcu rozpuści się w nicości i zostanie tylko pierwszy. Ufff…. A to dopiero połowa szkolenia.

Jedno zauważyłam. Nic nie jest stałe, zwarte, pewne. Czym głębiej docierasz, tym więcej zauważasz. Kontrastów, przeciwieństw, hipotez dotyczących siebie i świata.

Czwarty dzień wieczór

Kolejny dzień idzie ku końcowi. Wszystko co do tej pory napisałam okazać się może tylko częścią prawdy, a część prawdy może być już kłamstwem. Na nic są słowa. Takie doświadczenie jak medytacja trzeba przeżyć, żeby jej doświadczyć. Wywracasz poglądy do góry nogami. I to nie dzięki intelektualnym pogadankom czy filozoficznym dysputom, tylko właśnie dzięki prawdziwemu doświadczeniu. Co można napisać o medytacji więcej? Chyba nawet nie ma sensu. Bo trzeba usiąść i ją zrobić, jeśli chce się wiedzieć co to jest. Powiem tylko, że w puszce pandory jest o wiele więcej niż można przypuszczać. Ale są też i pozytywy. Ja to nie ta puszka. I nawet nie jej zawartość. Nic dodać nic ująć.

Poza tym moje słowa są ciężkie, metafory zbyt trudne. Na dziś nie mogę znaleźć języka. Wszystko może brzmieć jak banał, jak powtarzanie starej śpiewki. Nie będę powtarzać więc. Na dziś zamilknę.

Piąty dzień

Odzyskałam mowę po wczorajszym, mocnym dla mnie dniu.

Na razie dopiero początek dnia, spacer godzinny zaliczony, śniadanko i medytacja też, za pół godziny pierwsze zajęcia. Co dziś będzie?

Niewiarygodny relaks umysłu. Chciałabym mieć taki stan częściej, ba! nawet nie obraziłabym się, gdyby był on ze mną zawsze. Stabilność, jasność. Obserwuję to, co wewnątrz i w końcu przestaję powoli się z tym identyfikować, a jak przestaję się identyfikować, to myśli, emocje i uczucia nie zabierają mnie za sobą w siną dal jak wielki dog na smyczy, który widząc kota, dosłownie ciągnie mnie za sobą po parku. Ucinam po prostu smycz. Patrzę na tego przysłowiowego psa, który wyprawia różne wariactwa w parku, jak to pies. I nie muszę już za nim ganiać. W końcu. Tak samo z umysłem, czym bardziej świadomość jest nieruchoma, obserwująca, stała, uważna i stabilna, i pozwala umysłowi być jakim jest – pozwala na różne myśli, emocje, uczucia i procesy mentalne, tym bardziej ten umysł uspokaja się.

Myślimy często, że smycz jest dobra, bo dzięki niej utrzymuję przecież psa. Bez niej pies poleci w siną dal. Tak, jest dobra ale do kontroli. Czym bardziej będziemy chcieli kontrolować naszego wewnętrznego „psa”, tym bardziej będzie zabierał nas on w podróż „po parku” bez końca. W krzaki, błoto, pokrzywy. Nie raz skończymy z siniakami, guzami, różnego rodzaju obiciami. A tu, cyk, puszczasz smycz. Twój „pies” gna na wolności, a ty patrzysz, patrzysz i patrzysz i oczy szeroko otwierasz ze zdumienia. I czym bardziej dasz sobie możliwość na nie podążanie za myślą i nawet nie na jej odpuszczanie, tylko na obserwację myśli, emocji, uczuć takie jakie w tej chwili są, to możesz wiele zobaczyć. To wewnątrz jest moje? Tak, moje. Niestety. Cały ten bałagan jest mój. I kto posprząta? Nie ma tu sprzątaczki na wynajem. Trzeba samemu wziąć się do roboty, albo po prostu puścić smycz.

Wczoraj podczas jednej medytacji dałam się ponieść. Ten mój wewnętrzny pies pociągnął mnie ostro, a ja zidentyfikowałam się z emocją i pognałam w siną dal. Pognałam na skrzydłach jakiegoś niewysłowionego, irracjonalnego smutku, który opanował nie tylko umysł ale i ciało. Nie mogłam powstrzymać łez. Wylewały się cienkim strumyczkiem. Ja medytuję, cisza jak makiem zasiał, a co jakiś czas słychać znaczące pociąganie nosa. Mojego nosa. Ledwo dotrwałam do końca i pędem poleciałam do łazienki. Strumyk zamienił się w rwący potok. Nie wiem skąd, ale coś z głębin mnie wyszło na światło dnia. Dobrze, że wyszło. Lepiej na zewnątrz niż wewnątrz…

Wieczorem nie dałam się zwieść. Obserwowałam myśli, emocje, uczucia w momencie ich powstawania, puszczałam smycz. I naprawdę można nie dać się ponieść emocji. Emocja jest, obserwujesz, obserwujesz. Niejako obserwujesz emocję bez emocji. Nie dokładasz nic od siebie. I ona sama, powoli znika w nicości. Powstała w umyśle i tam też łagodnie opada. A ty dalej trwasz. Łagodnie obserwując. Stabilną, nieruchomą, przejrzystą świadomością. Twoją świadomą świadomością. A umysł powoli, bardzo powoli zaczyna być zrównoważony, i już nie musi się tak daleko oddalać, bo wie, że chociaż puściłeś smycz, dalej tu jesteś. I powoli, bardzo powoli Twój „pies” zaczyna być bardziej udomowiony. I przestaje panować nad Tobą. Bo chociaż waży z 60 kg (bo dog to wielki pies), czyli może i tyle samo co Ty, nie musisz się już z nim siłować. Przestaje też być twoim panem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przez lata uwierzyłeś w to, że on jest panem, bo Cię ciągał po parku to tu, to tam, gdzie sam chciał, a Ty się temu bezwolnie poddawałeś. Ale on nie jest panem i nigdy nim nie był. I teraz wiesz to napewno. Ot proste, puszczasz smycz i nie dajesz się już wciągać.

Dalej piąty dzień, 23:00 dopiero po zajęciach

Rozkoszny spokój umysłu utrzymuje się. Dlaczego takich rzeczy o umyśle nie uczą w szkołach? W przedszkolach? Na uniwersytetach? Przecież to powinien być przedmiot obowiązkowy! Jak my możemy być szczęśliwi, skoro nasz umysł jest dla nas tak nieznany? Coś tak bliskiego, co powinniśmy poznawać wraz z pierwszymi wdrukowanymi w nas pojęciami, koncepcjami i zachowaniami? Czy to naprawdę jest takie proste? A przez to tak trudne? No tak, na to wygląda. To trzeba przejechać pół świata, przesiedzieć setki godzin na medytacjach, żeby dojść w końcu do tego, co było tu od zawsze – do siebie?

To nawet nie jest do końca spokój. To stan równowagi. To wrażenie jakiegoś uwolnienia. Od czego? Od zawierających pustkę wrażeń i procesów mentalnych? Od dawno przeżytych wspomnień, które bombardują i naciskają na ścianki mojego umysłu i chcą się przeżywać wciąż i wciąż od nowa? Od nie istniejących jeszcze lęków, bo jak może istnieć coś, czego jeszcze nie ma, i jego miejsce jest tylko w przyszłości, czyli w mojej wyobraźni, fantazji, a co za tym idzie w przestrzeni mojego umysłu?

Aż wierzyć się nie chce. To wszystko się mieści w przestrzeni mojego umysłu! Ten cały bałagan. Bombluje sobie, dojrzewa i pęka niby bańka mydlana. Kolorowa z zewnątrz a bez żadnej zawartości w środku. To tym majakom dawałam tyle czasu, tyle energii i tyle uwagi? Tym pustym bańkom mydlanym? No tak. Wow. Ciekawe. Co najważniejsze, „ja” to nie bańka.

Świadomość tego pola, przestrzeni i obserwacja z punktu widzenia tej mojej własnej świadomości jest jak odkrycie. Eureka! Zmiana punktu widzenia. Inny świat. To wszystko to tylko bańki! Nie mające ze mną za wiele wspólnego. Obserwuję więc spokojnie ten cały spektakl. I już nie biję braw, nie płaczę, nie śmieję się, nie boję, nie złoszczę. Nie daję się wciągać w grę. Trwam i obserwuję. Po cichu. Po prostu.

To idę spać, bo jutro czeka mnie nowy dzień na pracę z bańkami, z umysłem i z moją prywatną świadomością. Aż się nie mogę doczekać.

Szósty dzień

Budzę się wypoczęta. Jak nigdy. Budzę się bardzo, bardzo powoli. Daję sobie czas. Robię zadanie domowe – medytację na leżąco, jeszcze w łóżku leżąc na wznak, jak na ostatniej pozycji jogi – shawasanie. Wstaję i od razu zauważam – och, nie bolą mnie mięśnie szyi, które od wielu miesięcy dokuczały mi straszliwie. I nie pomagały masaże, joga, chi gong. Nic. A tu zobacz… Tak, jakby relaks umysłu, rozluźnił w końcu spięte wewnętrznie ciało. Jak to dobrze jest nie mieć tej wiecznej spinki. To jest jakiś kosmos. Wczoraj myślałam, że mój umysł jest rozluźniony, a dzisiaj zauważam, że jest bardziej rozluźniony niż wczoraj. To można? Można. To może można jeszcze bardziej? Zobaczymy… Przy tym umysł nie dywaguje sobie gdzieś w przestworzach. Jest stabilny, obecny.

W nocy wybudził mnie jakiś hałas. Leżę prawie w kompletnych ciemnościach. Sama. Normalnie strach podszedłby mi do gardła, a ten sam umysł szeptałby mi różne hipotetyczne historie (jak te jeszcze sprzed kilku dni ze spaceru). Niemożliwe. Nierealne. Kompletnie wymyślone. Ale nie dla umysłu. On się lubi nakręcać. To chyba lubi najbardziej. Z jednej historii przeskakiwać na inną. Często gorszą. No więc wracając do nocy. Zauważam hałas. Budzę się. I zauważam taki korzeń, fundament strachu, praktycznie tuż w trakcie jego powstawania. „Gdzie jestem?” Tutaj. Koncentruję się na oddechu. Bez pośpiechu. To tylko zdarzenie mentalne. To mój własny umysł. Obserwuję. Zdobyłam nowy nawyk. Świadomość. W pewnym sensie jest ona oddzielona od umysłu. Obserwująca. Poniekąd zewnętrzna w stosunku do niego. I ja, jako ta świadomość obserwująca nie daję się ponieść. Ucinam smycz od razu. Strach „wybąblował” centymetr, po czym pękł jak bańka mydlana a jego resztki rozpłynęły się w przestrzeni mojego umysłu. W pewien sposób nie dałam mu urosnąć. Ale nie dlatego, że tego nie chciałam. Przecież to mój umysł. Mój wewnętrzny teatr. Jak chce, to niech sobie rośnie. Czy będąc w cyrku mam się bać małego pieska? A słonia? A lwa? Przecież wiem, że to cyrk. Nie utożsamiam się z bohaterami. No i właśnie. Tutaj to samo. Nie daję się wciągać. To nawet nie jest akceptacja. Bo żeby coś zaakceptować, to wcześniej musimy jednak tego nie chcieć, inaczej nie mówilibyśmy o akceptacji. To kompletne przyzwolenie. Niech się dzieje w tym umyśle, co się dzieje. Ja trwam. Nieporuszona.

I przez tyle lat dawałam się ponieść przez strach, który rósł i wypełniał całą przestrzeń? To niewiarygodne. Ale tak. Chciałam go zawsze zmniejszać, potem walczyć z nim, a jak walka nie pomagała – uciekać, potem ugłaskać, a potem akceptować. Ale jak zaakceptować coś, co jest nieakceptowalne?…

A tu puszczam smycz…

Obserwuję w przestrzeni mojego umysłu, jak on sobie hasa, i czym mniej uwagi mu poświęcam, tym szybciej on znika. Ale w sumie to nawet nie zależy mi, co obserwuję. Ten mój strach będzie duży jak kosmos? A proszę bardzo. Mały jak ziarenko piasku? A proszę. Chcesz mnie zjeść? A proszę. Wchłonąć mnie od środka? A proszę. Może się miotać z tej i z tamtej, podsuwając różne historie, różne sceny, straszne wizerunki. A ja już wiem, że to jest tylko film w mojej własnej wyobraźni. A ten film, oprócz tego, że jest niepokojący czy niekiedy straszny, żadnej krzywdy nie może mi zrobić. Bo jest pozbawiony substancji. Tylko jeśli wejdę w grę. Tylko jeśli dam się wciągnąć. Ale ja się nie wciągam. Przynajmniej od wczoraj:) Patrzę, patrzę i patrzę spokojnie i już niczemu w środku nawet się nie dziwię.

I co ciekawe, czym ja jestem bardziej spokojna, zrelaksowana, nieruchoma i stabilna, tym mój umysł powoli też zaczyna taki być. Tak, jakby obserwator – czyli ja, był dla niego pożywką. Bez tej mojej chęci trzymania się myśli lub zmieniania jej, ona po prostu sama opada. Na dno nicości. Przyszła znikąd i do nikąd poszła. A ja dalej tu trwam. I w końcu po 44 latach życia czuję przedsmak wolności. Jej powiew i świeżość. Jej absolutną rozległość. I w dodatku wcale nie zależną od czynników zewnętrznych. Byłam zawsze niewolnikiem. Niewolnikiem na usługach umysłu. I nasuwa się nieuchronne pytanie: Jak mogłam się na to godzić? Odpowiedź jest prosta: bo nikt mnie nie nauczył inaczej. Ale już BASTA!

I nie mam tu na myśli oświecenia, iluminacji czy przebudzenia. Są to koncepcje tak abstrakcyjne, że trudno mi je nawet pojąć, zrozumieć. Chociaż Alan mówi o tych stanach dokładnie i szczegółowo, nie mam takich aspiracji. Nie poświęcę całego życia w imię bycia Buddą. Ja chcę być Dorotą. Może trochę lepszą dla siebie samej. Może trochę bardziej zrozumianą przez siebie. Może trochę bardziej zrównoważoną, stabilną i zrelaksowaną. Po prostu.

6 dzień wieczór

Poznaliśmy dziś kolejną medytację. Idziemy głębiej i głębiej. Coraz głębiej w kierunku abstrakcji ale zarazem i prostoty. Ale jak to w życiu czasem bywa, żeby dojść do prostych rzeczy najpierw trzeba zacząć od tych bardziej – na pozór -skomplikowanych. Wcześniejsze dni były przygotowaniem umysłu do dzisiejszego dnia. Tak więc dziś doszliśmy do medytacji shamata bez obiektu medytacji, to znaczy bez koncentracji na żadnym obiekcie – ani na oddechu ani na przestrzeni umysłu. Dziś przebywaliśmy w świadomości swojej własnej świadomości. I chociaż na pierwszy rzut oka to brzmi jak masło maślane, i za pierwszym razem jak to usłyszałam, to sama powiedziałam „słucham?”, po praktyce nabiera to wszystko sensu. Jesteś świadomy, swojej własnej świadomości. W końcu obserwator obserwuje sam siebie. Odkrywasz w końcu siebie. Doświadczalnie. Jak jest? Niestety żadne już słowa nie oddadzą praktyki, dlatego też i żadnych nie użyję. Nie dlatego, że nie chcę ale dlatego, że doświadczenia tego nie da się ubrać w koncepcje. Praktyka ta wychodzi poza ramy umysłu, a jak coś jest poza umysłem, to jak to nazwać?…

A jak ktoś by chciał kiedyś dowiedzieć się czegoś o swoim umyśle, ogromnie polecam szkolenia z Alanem Wallacem. Alan to niewiarygodny erudyta, mistrz słowa, mędrzec, naukowiec, badacz umysłu i przede wszystkim praktyk w jednej, niesamowitej osobowości. Aż szkoda, że w naszym kraju nie jest tak bardzo znany. Może kiedyś? Któż to wie…

Tymczasem idę spać, bo padam z nóg.

Siódmy dzień. Koniec

Tydzień zakończył się, skończyło się też szkolenie. Co zostało?

Hm, ciężko powiedzieć. Po tygodniu praktycznie nie mówienia lub mówienia szeptem, odgłosy na stołówce podczas obiadu, na którym każdy mógł mówić były dla mnie wręcz… bolesne. Tyle hałasu…

Można mówić. W końcu. A mi się nie chce. Chcę uciec do ciszy. „A właśnie, że zostanę”, myślę jak zwykle przekornie. „Będę siedziała w tym całym szumie i badała co się dzieje w środku”. Słyszę dosłownie szum, bzyczenie, brzęczenie. Ten wspólny hałas wszystkich ludzkich głosów jest jak fala, która unosi się i opada.

Można mówić! Każdy wyszedł z własnego więzienia ciszy, żeby tylko uwolnić swój głos. A ja siedzę i myślę:, „coś ze mną nie tak?”

Zawsze na przekór?

Jak nie można, to ja chcę, jak można, to nie chcę.

Czy muszę być takim „dzikim mustangiem”? Czy taka jest po prostu moja natura? A może ja lubię być takim dzikusem, co wszystko by chciał robić na opak? No nie mogę nie uśmiechnąć się do siebie szczerze – no tak, tak trochę jest. Nawet nie tak trochę:)

Jak bym mogła podsumować to tygodniowe spotkanie ze sobą? Ten film ze swoim wnętrzem w roli głównej? Ciężki, lekki, horror, komedia, thriller i romans – istne kontrasty. Jest tam wszystko. Dosłownie. Czego się nauczyłam? Że ja, to nie film. Nawet nie projektor. Ani ekran. Ja to świadomość. Ja to obserwator. I ja to ten prawdziwy posiadacz „pilota”, co znaczy, że w każdej chwili mogę przełączyć kanał. Albo wyłączyć film. I odpoczywać w przestrzeni chociaż troszkę, odrobinę uwolnionego umysłu. Ale już wiem, czym może być ten stan. Poczułam jego przedsmak. Wiem też, że do totalnej wolności, równowagi, stabilności i przejrzystości umysłu, to przede mną jeszcze daleka droga. Ale jak to kiedyś ktoś mądry powiedział, cieszmy się z drogi a nie z celu. Cieszę się więc z drogi i nie mam wysokich aspiracji. W końcu…

Zostaję jeden dzień dłużej. Chcę wracać do świata powoli. W nagrodę spełnia się moje marzenie. Co, jak co, ale trzeba mi przyznać, że mam wytrwałość i siłę do spełniania marzeń. Jako jedyna ze 140 osób mam prywatne spotkanie z moim nauczycielem. Alan wita mnie łagodnym ale przeszywającym spojrzeniem. Mam wrażenie, że patrząc na mnie z bliska, wie o mnie wszystko. Pytam o wszystko, co zostało dla mnie jeszcze nie jasne, nie wyjaśnione do końca, nie zrozumiałe. Dzielę się wątpliwościami. Słucha z najwyższą uwagą i powoli dobiera słowa. Cała jego osoba jest odpowiedzią. Znalazłam w końcu autorytet. Jest tym, co mówi. Zdecydowanie. W końcu pada moje najważniejsze pytanie: „Czy mogę być jego uczennicą?”. „Możesz” – odpowiada spokojnie, a Lama, który tłumaczy z angielskiego na hiszpański dodaje: „Tylko musiałabyś znać angielski”. „Będę znać. Mam dobrą motywację.” – odpowiadam równie spokojnie, bo wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. I jeśli angielski jest stopniem do poznania, trzeba po prostu się na niego wspiąć.