Wsłuchuję się w szept świata.

Zamykam oczy. Oddycham miarowo. Świat coś do mnie mówi. Nie wiem co. Czym bardziej chcę go usłyszeć, tym bardziej nie słyszę dźwięków. Zamieram. Pochylam głowę. Wnikam w swoje wnętrze. Wsłuchuję się w moje jestestwo. Cisza. Nie, nie cisza. Myśli. Ciągłe myśli kręcą się po mojej głowie jak małe, robotne pszczółki zbierające słodki nektar by przerobić go na miód. Moje myśli jednak tylko brzęczą. O mam. Złapałam. To jest dźwięk mojego umysłu. To ciągłe brzęczenie. Może być coś poza nim?

Pochylam głowę nisko i siadam do medytacji. Do najważniejszego spotkania. Z samą sobą. Brzęczenie dalej jest, ale jakby jakieś inne. Nabiera tonów i kolorów. Siedzę dalej patrząc na wewnętrzny film, rozgrywający się jakby pomimo mojej woli. Dramat, komedia, romans. To nie ma znaczenia. Ja jestem tylko obserwatorem. W tle dźwięczy już cała orkiestra. Trąbki, skrzypce, pianino, bębny… Skupiam się na oddechu. Wdech, wyyyydech. Wdech, wyyyyyyyydech. “Pszczółki” opadają na dno. Dźwięki słabną. W chwili krótszej niż światło spadającej gwiazdy, słyszę w końcu ciszę. Jaka ona boska… Znów brzęczenia. Wdech, wyyyyyydech. Ciało rozluźnia się, umysł również. Wyostrza się za to koncentracja, stabilność i jasność umysłu. Wraca cisza. Tym razem na długość trzepotu skrzydeł motyla. “To jest we mnie”. Przychodzi myśl. I chociaż ta myśl jest ulotna jak wiatr, cisza zmyka. Wiem już, że istnieje tam albo myśl, albo cisza. Jedno wyklucza drugie. Najmniejsze zawirowanie w przestrzeni mojego umysłu sprawia, że cisza ucieka. Znika. Rozprasza się jak sen. Nie mogę jej zatrzymać świadomie. Tylko poprzez rozluźnienie. Kompletne rozluźnienie i obserwację oddechu. O, jest. Znów wróciła. Tym razem na dłużej. Jest na tyle długo, że mogę w końcu usłyszeć szept świata. I już wiem na pewno. Tylko będąc w prawdziwej ciszy słyszę prawdziwe dźwięki. Wszystko inne, jest jedynie karykaturą dźwięków, przykrytą przez moje nieustanne brzęczenie. I wybór jak zwykle należy do mnie i jest bardzo prosty. Jeśli lubię naprawdę słyszeć, widzieć i czuć to mogę wybrać jedną drogę. Jeśli nie lubię naprawdę słyszeć, widzieć i czuć to mogę wybrać drugą. Wybór jest prosty. Droga nie. Bo do pierwszej potrzebuję dyscypliny, czasu, konsekwencji, determinacji i rozluźnienia. Do drugiej nie potrzebuję wydawałoby się nic. Mogę żyć dalej akceptowanym przez większość życiem, w którym brzęczenie jest najważniejszą cechą we wszystkich relacjach, dyskusjach, sporach, a nawet melodiach, miłościach, zakochaniach i marzeniach. Wolę jednak wsłuchiwać się w szept świata. Bo jeśli jestem dostatecznie uważna, zdradza mi on swój sekret. Jaki? A to już musisz odkryć sam, wchodząc w swoją własną ciszę…/