Wylukrowani

„Skuteczność w zasięgu ręki”, „Sukces na życzenie”, „Możesz zwiększyć swoją efektywność” – krzyczą do mnie hasła, które mają skłonić mnie do podróży w krainę szczęśliwości.

A może, jeśli się głębiej zastanowię – to tak naprawdę ja wcale nie chcę zwiększać swojej efektywności? Ta informacja jednak uderza we mnie, czy tego chcę czy nie. Jak nie z tej, to z tamtej strony. Jest ona bardzo przewrotna i, jeśli będę uważna, zobaczę w niej pewien „schemat”. Te bombardujące mnie zewsząd hasła gdzieś mimochodem stwierdzają, że coś ze mną nie tak. Że muszę się rozwijać w nieskończoność. Że wciąż muszę być lepsza, jeszcze lepsza, najlepsza… Że absolutnie nie wystarczę światu taka, jaka jestem. Światu, czyli sobie samej też nie…

Patrzę więc zadziwiona na te wszystkie doskonałe poradniki, konferencje, szkolenia i lukrowanych, jak z wystawy najlepszej cukierni w mieście, ludzi. Wiecznie uśmiechniętych, wspaniale ubranych. Perfekcyjnych! Przekonują mnie codziennie o swojej skuteczności. Ale skoro oni są skuteczni, to ktoś nie jest. Kto? No przecież odbiorca, czyli ja. To ze mną coś jest nie w porządku. Oni są doskonali, perfekcyjni, idealni. Ja – nie… Patrzę znów w kolejnego takiego „pączusia” i nie mogę sobie nie zadać pytania, czy ten „pączuś” jest naprawdę tak do głębi szczęśliwy, jak stara nam się pokazać? Czy nabija nas wszystkich w butelkę, kreując swoją własną lukrowaną cukiernię?…

Na rynku pojawiają się wciąż nowe wspaniałe, cudowne wręcz narzędzia, by dotrzeć zbudowaną dzięki nim autostradą wprost do krainy szczęśliwości. A my, jak kiedyś dzieci, które z przyklejonym do szyby cukierni nosem patrzyły na eklera albo ciastko z bitą śmietaną, patrzymy na tych „idealnych”, sami chcąc się takimi stać. Chcemy pić koktajl przygotowanych specjalnie dla nas nowych eliksirów na szczęście. „Gorzko? To sobie osłodź” – mówi KTOŚ, kto wygląda przesłodko, dając nam oprócz uśmiechu ulotkę z informacjami o swojej recepcie na tę upragnioną przez wszystkich „słodycz”.

Dostajemy w najlepszym razie narzędzia, jak młotek i gwoździe. Pomocne czasami, ale też nie zawsze. Bo ileż czasu można trzymać młotek w dłoni? A nawet jak by dało radę, to przecież w momencie najważniejszym zapomnę o tym, że go mam… Nie jestem robotem, nie jestem automatem, nie potrzebuję narzędzi. Potrzebuję ludzkiego zrozumienia. Potrzebuję życzliwości i empatii. – „Empatii? Proszę pani, ja panią empatii nauczę, robię z tego króciutkie kursy – weekendowe, nawet nie potrzebuje pani do tego dużo czasu. Drogie? Hmm, bo ja za granicą uczyłem się. U najlepszych”…

I wbija mi się na różne sposoby, że mam być lepsza. Doskonalsza niż jestem. A ja już z tej „lepszości” siebie samej tak daleko odeszłam od siebie samej, że sama czasami nie mogę się połapać, która jest mną. Ta lepsza, czy ta zwyczajna? Ta zwyczajna obserwuje cicho tę lepszą. Ta pierwsza ambitnie realizuje plany, ulepszając jak to zwykle samą siebie. Ta zwyczajna siedzi sobie w ciepłym kątku i czasem chichocze, patrząc na tę pierwszą. – „Leć, leć, ja sobie posiedzę i popatrzę na drzewa. Szkoda tylko, że nie przystanęłaś przy tym człowieku, mógł być tak interesujący” – dodaje cicho, jednak ta pierwsza nie słyszy, biegnąc w siną dal, żeby dogonić samą siebie. Przy okazji tego ciągłego biegu nie zauważa niestety, i w tym tkwi jej niezwykła rozpacz, że jest ona właśnie tutaj, a tam gdzieś daleko jest jedynie jej wylukrowane do granic możliwości wyobrażenie.

Czy to znaczy, że mamy nie robić NIC? Że mamy być w pewien sposób „zamrożoną” wersją nas samych? Absolutnie nie. Zresztą nie ma takiej możliwości, wszystko podlega zmianie, my też. Być może istotną sprawą jest zamiast na zewnątrz, poszukać w środku. A zamiast przelukrowania zobaczyć to, co jest. Nawet gdyby miało to nie być dla nas wygodne. Tylko ściągając makijaż, mogę zobaczyć swoją twarz. Problem w tym, że jeśli zapomnę, że go mam na stałe, to mogę ulec iluzji, że makijaż to ja. W momencie więc, gdy stanę przed lustrem taka, jaka jestem, bez retuszu i bez lukru, mogę nie tylko się zdziwić, ale i przestraszyć. Bo na co mi szkolenia, wykłady i kursy z tego, jak zrobić z siebie „najlepsze ciacho”, skoro to, co w głębi, to co najistotniejsze, jest tak przykryte grubą warstwą zastygłego cukru, że nie mam do tego dostępu. Nie mogę dotknąć siebie, a co za tym idzie, nie mogę się poznać. A jak nie mogę się sama poznać, to nie mogę nic tak naprawdę ze sobą zrobić. Bo przecież jeśli wszystko jest takie idealne, to trzeba tylko pracować nad zdobywaniem cukru do lukru.

A gdy tylko na chwilkę spadnie mój „słodki puder”, to to, co zauważam, jest dla mnie tak dziwne a nawet brzydkie, że zamiast się z tym skonfrontować, szukam szybko puderniczki. Byle tylko nie zobaczyć swojej twarzy, a co gorsza, by inni też nie zobaczyli, że żadne ze mnie „ciacho”, tylko ot, zwyczajny człowiek. Co gorsza, od tego nadmiaru lukru, w środku człowiek staje się jeszcze bardziej ściśnięty, poobijany. Drżący i schowany. Z ogromnym poczuciem winy, że sam z siebie nie jest słodki. Ale nie jest. Fakt jest taki, że jego wnętrze zawiera różne smaki: ostry i kwaśny a nawet gorzki. Są też smaki delikatne, subtelne.

Zdając sobie sprawę z różnorodności smaków, wcale jednak nie muszę wpadać w panikę. Bo sól może się przydać do pomidorów a pieprz do zupy. Jakie mam więc wyjście? Albo lukrować dalej, albo zdrapać choć odrobinę i wejść do środka. Co tam znajdę? Siebie. Tę zwyczajną. Mogę tam znaleźć też inne, niezwykle ciekawe rzeczy. Na przykład świadomość, że w pogoni za szczęściem umyka mi ono teraz. Ukryte w postaci prostych i niemal banalnych spraw. Bo przecież takie sprawy jak uśmiech dziecka, szum wiatru czy chrzęst jesiennych liści nic nie kosztują! Nie kosztuje też życzliwość, która zbliża mnie do drugiego człowieka. No właśnie. I całkiem możliwe, że w tym właśnie tkwi problem. Bo nikt na tym zdrapywaniu lukru zarobić nie może. Ale też w tym tkwi być może rozwiązanie, bo jeśli nikt na tym zarobić nie może, to ja nie muszę wydać. A skoro nie muszę na to wydać, to być może wcale nie muszę być ani efektywniejsza, ani skuteczniejsza. Może wystarczy, że wyłączę komputer, wezmę męża i dziecko pod pachę i poskaczę po tych kolorowych liściach w parku?

I nie potrzebuję do tego nic prócz swojej decyzji. Bo kto mi zabroni czerpać garściami z tego, co jest gratis? Może nawet utaplam się w tych liściach do tego stopnia, że pod ich wpływem spadnie ze mnie cały ten budowany latami lukier. I co z tego? Nic.

Nie, jednak pojawia się COŚ.

Uff, jaka ulga.

LEAVE A COMMENT