Czy mam wpływ na rzeczywistość?

Często zastanawiam się na ile mamy prawdziwy wpływ na rzeczywistość. Dziś wstaję wcześnie. Świeci słońce. Lubię. To jest zgodne z moim wyborem i z moimi oczekiwaniami. Kolejny dzień wstaję wcześnie. Pada deszcz. To jest niezgodne z moim wyborem i moimi oczekiwaniami. Nie lubię. To nie jest moja decyzja. Na co więc mamy wpływ a na co nie? Czy w ogóle możemy rozważać coś takiego jak nasz wpływ na cokolwiek?

Według teorii new age mamy wpływ na wszystko. Pomyślisz dłużej “samochód” – a on się zjawi. Niejako sam się przyciągnie siłą Twojej woli. Będziesz wizualizował pieniądze – myk, a one jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki zjawią się na Twoim koncie. Będziesz wizualizował partnera, którego nie masz, dom, o którym możesz na razie tylko pomarzyć, wakacje, na które Cię nie stać itd…

I co? działa? No właśnie…

To zaczynasz z drugiej strony – fizyka kwantowa! Przecież to ona mówi o tym, że obserwator – czyli któż inny jak nie JA, samym faktem OBSERWACJI wpływa na rzeczywistość. Nagle i magicznie z fali potencjału mamy materię, niejako z “niczego” – COŚ. Samym faktem obserwacji wpływamy na rzeczywistość.

I tu zrobiłabym pauzę. Bo dużo urosło pomieszania wokół tematu. Bo obserwator a tym bardziej świadomy zawsze jest istotny, ale jak być świadomym “obserwatorem” czy “myślicielem” skoro Ty myślisz przez 2-3 minuty z rana – np chcę dom, a potem nieświadomie cały dzień powtarzasz w myśli – “ Nie starczy mi do pierwszego. Nie ogarniam życia, na to mnie nie stać, na to nie zasługuję. Pieniądze są do bani. Bogaci kradną…” itd itp.?

Twoje nieświadome myśli ciągną Cię w kierunku, który nie jest wyznaczony przez Ciebie. Wypadałoby więc może zastanowić się, kto kreuje Twoje myśli? A no także Ty! Może dobrze byłoby przypatrzeć się w takim razie myślom, zrobić przestrzeń w umyśle na tę część siebie, która jest bardziej “Tobą” niż to całe pomieszanie, które jest w środku?

A może to całe kreowanie ma coś wspólnego z wyborami? Jeśli mogę coś zmienić to mój wybór. Dziś obudziłam się wcześnie. Pada deszcz. Nie mam na to wpływu. Ale mam wpływ na moje postrzeganie tego deszczu. I może to TO, mogę zmienić? Moją interpretację tego, co jest?

Ale póki co, w “normalnej” rzeczywistości mogę próbować. Bo kto mi zabroni!? Nie zawsze na wszystko muszę się zgadzać. Czasami mogę coś zaakceptować, a czasami nie.

I to jest mój wybór. To jest to, co mogę nazwać WOLNĄ WOLĄ. Bo gdybym tego nie miała, to byłabym tylko kukiełką odtwarzającą schemat już napisany ręką innego autora, nie mnie.

Aha, klucz jest więc w moim wyborze…

I tu przytoczę przykład z życia wzięty. Przykład na tyle dziwaczny i wesoły, że postanowiłam się z Wami nim podzielić.

Od wielu lat mam problemy z sercem, gdzieś po drodze miałam ablację – to taka operacja “na żywo” na sercu. Wkładają przez żyłę udową elektrodę i środkiem ciała – przez żyłę – wpychają ją aż do serca. Potem ładują adrenalinę, rozpędzają przerażone serce do granic możliwości, po czym przypalają jakąś jego część.

Całość potężnej tortury trwała dla mnie ponad 3 godziny i była największą traumą w moim życiu. Po jakimś czasie okazało się, że niestety jestem w tym odsetku, na który jedna ablacja nie podziałała i trzeba by było zrobić kolejną.

“A nie ma mowy!” powiedziałam do lekarza prowadzącego.

Toż to już Einstein mówił, że powtarzanie tego samego i oczekiwanie innych rezultatów jest szaleństwem! No tak, tylko niektórzy tego nie wiedzą… Ja wiem. I wiem też coś bardzo ważnego. Posiadam WOLNĄ WOLĘ. Mogę się zgodzić lub nie. Nie zgodziłam się więc.

Oczywiście serce żyło swoim życiem przytłaczając mnie od czasu do czasu spięciami, częstoskurczami i arytmiami, które po operacji rosły jak grzyby po deszczu.

Cóż mogłam zrobić w takiej sytuacji, aby w dodatku ze swoimi przekonaniami nie czuć się jak samotny żeglarz na wielkim oceanie? Przecież potrzebowałam wsparcia. Bo powiedziałam sobie, że jako prawdziwa rewolucjonistka, nie poddam się autorytetowi i jak trzeba będzie znajdę taki autorytet, który poprze moją teorię. Moja teoria była lekko szalona – wyleczę się spokojem, medytacją i akceptacją mojego serca takim, jakim ono jest. Zmieniłam więc lekarza. Popatrzył, postukał – mówi jak zdarta płyta – to samo. “Potrzebna jest kolejna ablacja.” Czy oni oszaleli? Oczywiście teraz moje serce nie zagraża mojemu życiu, ale jak będę staruszką, to może… Halo, proszę Pana, czy Pan nie widzi, że daleko mi do bycia staruszką? Mam jeszcze czas w takim razie na… życie.

Szukam dalej, po drodze mocny częstoskurcz, trafiam do szpitala. Lekarz mówi to samo – ablacja. “A czy jest jakieś inne rozwiązanie?” Pytam już zblazowana, bo znam odpowiedź. “Nie ma proszę Pani, bo jak będzie Pani staruszką, to może to być, zagrażające życiu…”

Tak, tak, znam tę historię. “Nie widzi Pan, że daleko mi do bycia staruszką?”

Postanawiam więc dokonać ŚWIADOMEGO wyboru. Wolę te wszystkie arytmie niż tę traumatyczną operację na żywca. Przestaję walczyć. Podjęłam decyzję. To moja decyzja. Ufff…

Nie zmienia to faktu, że potrzebuję sprzymierzeńca. Lekarza, który będzie wspierał moją wizję. Kogoś, kto będzie autorytetem i takim fundamentem, na którym będę mogła się oprzeć w chwilach słabości.

Wydzwaniam więc do jakiegoś polecanego kardiologa. Nie odbiera tydzień, nie odbiera dwa… Nie przejmuję się, oddycham, akceptuję mój stan i co dziwo, czuję, że arytmie powoli uspokajają się…

I wczoraj spotkała mnie sytuacja niewiarygodna. Postanawiam iść do okulisty. Dzwonię do mojego lekarza o nazwisku X. Pani recepcjonistka mówi mi, że może mnie przyjąć ale dopiero po 15:00. Ja nie mogę, bo muszę jechać po córeczkę. Mogę o 14:00. Pani grzecznie mówi, że zapyta się profesora i oddzwoni. “Profesora?” – myślę – nie wiedziałam, że mój lekarz jest już profesorem. Pani sympatyczna oddzwania i mówi, że profesor przyjdzie dla mnie wcześniej. Tylko dla potwierdzenia pytam, czy to ten sam adres co zwykle. Nie! To nie chodzi nawet o adres. Pomyliłam się. I zamiast zadzwonić do doktora X, zadzwoniłam do jego taty, który też jest lekarzem i ma to samo nazwisko. Z ciekawości pytam się, jaka specjalność jest tego profesora – kardiolog…

Zamieram. “A wie Pani co? – (wyglądam na hipochondryczkę, której nie zależy, do jakiego lekarza pójdzie.) – Niech Pani nie kasuje mojej wizyty, przyjdę, bo też czegoś potrzebuję od kardiologa.”

Jestem pod wrażeniem. Wszechświat zawirował w taki sposób, że niejako sam wysłał mnie do kogoś, o kogo istnieniu nie wiedziałam jeszcze kilka minut temu. Idę.

Przychodzę i wita mnie przemiły Pan, jakby z innej epoki. Siwe włosy dodają mu spokoju i dostojeństwa. Błękitne oczy ciekawe świata i mnie badają mnie uważnie i z niespotykanym zrozumieniem. “Czym się Pani zajmuje?” Odpowiadam. Mówię o medytacji, o psychologii pozytywnej, o sztuce, o pisaniu, o moim podejściu do życia, do serca, o tym, że na pewno nie zrobię kolejnej ablacji. Jestem na wizycie ponad godzinę. Lekarz przede wszystkim słucha i ogląda stos moich wyników.

I co mówi na koniec? “Proszę Pani, niech Pani na razie zapomni o ablacji, ma Pani przecież jeszcze czas do bycia staruszką, a umysł? Oczywiście proszę Pani – ma wpływ na całe nasze ciało. A jakże. My go jeszcze nie znamy. Ciało cały czas pozostaje dla nas tajemnicą. Chociaż potrafimy go prześwietlić i wejrzeć we wszystkie jego części, i tak do końca nie znamy jego funkcjonowania. A na pewno czym człowiek bardziej zrelaksowany, szczęśliwy i optymistyczny, tym bardziej zdrowy.”

I z tą prawdą starą jak świat idę w nowy etap życia. I dziś wiem bardziej niż kiedykolwiek – WYBÓR, to jest to, na co mamy wpływ. I tym jest prawdziwa autonomia. Czuję się wolna. Dokonałam wyboru. To jest moje życie i nie dam się żadnym zewnętrznym autorytetom. A jak trzeba będzie, to będę je zmieniać. Aż do skutku. Bo czymże jest autorytet, jak nie pewną postawą wobec czegoś? Mocną i potwierdzoną wiedzą oraz doświadczeniem?

A kto ma być tym największym autorytetem dla mnie samej? Czyje decyzje mają być najważniejsze dla mnie? Kto ma największą wiedzę i doświadczenie jeśli chodzi o mnie? Ja sama. No właśnie…