Uważność. Krótko i węzłowato.

Często pada „to” pytanie: Po co mi właściwie ta cała medytacja?
No więc odpisuję. Mam nadzieję prosto i najbardziej zwięźle jak umiem.

 

Medytacja uważności zwiększa zrozumienie siebie samego i świata zewnętrznego. Celem medytacji jest zrównoważony, stabilny, czysty i przejrzysty a przede wszystkim zrelaksowany umysł. Umysł jest niezbędnym narzędziem do życia, ale tylko narzędziem, a nie władcą ciągnącym nas w swoje sidła i nieprawdziwe interpretacje rzeczywistości. Dzięki medytacji uważności wychodzimy powoli z pomieszania, w którym tkwimy. Pomieszania idei, hipotez, a nawet myśli, emocji i uczuć. Porządkujemy umysł. Zaczynamy widzieć bardziej to co jest, a nie to, co nam się wydaje, że jest.

 

Te nieprawdziwe interpretacje rzeczywistości, te fantazje i wyobrażenia umysłu, te ciągłe ruminacje – czyli myślenie w kółko na każdy, dowolny temat, te wieczne analizy i porównania, prowadzą nas do lęków, ataków paniki, stresu, agresji czy do depresji. Ogólnie rzecz ujmując do pomieszania umysłu. W najlżejszym przypadku mamy wieczne poczucie niepokoju bądź irytacji, a każdy najlżejszy bodziec wyprowadza nas z równowagi.
Medytacja uważności pozwala zauważyć to wszystko, co dzieje się w przestrzeni naszego własnego umysłu. Zaczynamy zauważać również własne automatyzmy i schematy i z czasem zaczynamy reagować adekwatnie do sytuacji, nie nawykowo. Wraz z praktyką poprawia się nasze samopoczucie psychiczne i fizyczne. Uczymy się odpuszczać. Umysł relaksuje się, ciało również. Odchodzi więc wiele bóli psychosomatycznych, za które odpowiedzialny był stres i wieczne napięcia spowodowane biegiem w nieskończoność donikąd. Poprawiają się nasze relacje, bo zaczynamy zauważać siebie i innych. Zaczynamy troszczyć się o siebie i o najbliższych. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z upływu czasu, dlatego powoli transformuje się nasze życie. Zaczynamy więcej uwagi poświęcać rzeczom „ważnym”. Doceniamy chwile z ludźmi, którzy są, bo zaczynamy widzieć przemijalność wszystkiego. Przestajemy bać się kochać, czy troszczyć się o to, co dla nas najcenniejsze. Przestajemy toczyć wojny o nieważne poglądy, które i tak do końca nie są nasze. Pozwalamy chwili trwać, bo już wiemy, że nie będziemy żyć wiecznie, i dzięki tej świadomości osadzamy się w teraźniejszości.
A wieczorem, kiedy idziemy spać uśmiechamy się do siebie, patrząc na nasz spędzony dzień jak na dobry film. W którym podjęliśmy świadome decyzje, w którym świadomie wybraliśmy między wieloma, niekiedy sprzecznymi opcjami. I te decyzje i wybory były dobre, nie tylko dla nas. Podejmując je, potrafiliśmy również dostrzec z pełną odpowiedzialnością, zrozumieniem i empatią innych. Zrozumieliśmy drugiego człowieka, jego potrzeby, jego wizje. Potrafiliśmy słuchać i słyszeć. Czuć i przeżywać. Być…

 

I jak tak w retrospekcji patrzymy na nasz dzień, to czujemy, że jest dobrze. Że świat pomimo wszystko jest dobry. I bez żadnego stresu, poczucia winy, lęku czy upchanej w podświadomości złości zasypiamy słodko jak dziecko. W beztrosce. W końcu.